piątek, 21 lutego 2014

Rozdział 16

" Nasze tajemnice nas zjadają..."

* DEMI *

- Cześć - otworzyłam oczy i ujrzałam wysokiego szatyna, po chwili przypomniało mi się, że jest to jeden z przyjaciół Nialla, ten sam, który na przyjęciu urodzinowym wylał na mnie wino
- Umm cześć - odpowiedziałam lekko zakłopotana, ponieważ nigdy z nim nie zamieniłam więcej jak kilka słów
- Chciałem zapytać się jak się czujesz - stał blisko drzwi gotowy do ucieczki. Widziałam jak jest spięty i powiem szczerze, że po raz pierwszy widziałam chłopaka, który się tak zachowywał. Zanim mu odpowiedziałam chciałam się podnieść i oprzeć, żeby mi było lepiej rozmawiać, ale jedyne co zrobiłam to było syknięcie z bólu
- Poczekaj, pomogę ci - usłyszałam, a po chwili chłopak był obok mnie. Podszedł blisko mnie, pomógł mi się podnieść i oprzeć - Tak lepiej? - zapytał, kiedy już się wygodnie usadowiłam
- Tak dziękuje. Jesteś Harry? - zapytałam, bo nie byłam pewna. Spotykałam się z nim kilka razy, ale w takich okolicznościach, że nie było możliwości zapytać
- Tak Harry, to jak się czujesz? - stał i wpatrywał się we mnie swoimi zielonymi oczami, w których było coś dziwnego, coś czego nie potrafiłam określić.
- Usiądź, nie stój tak, bo czuję się dziwnie - wskazałam na krzesło obok łóżka. Widziałam jak chłopak się waha, lecz po chwili zajął swoje miejsce - Mam złamane żebra z tego co wiem, jestem obolała, ale tak to wszystko w porządku - kłamstwo!!!!! Mam coraz lepszą wprawę w wypowiadaniu ich. Czułam się w tej chwili jak wrak człowieka, ale nie będę nikogo tym zadręczać, zwłaszcza chłopaka, którego znam od kilku minut. 
- Przykro mi - usłyszałam
- Dlaczego?
- Bo to po części moja wina - i teraz spostrzegłam to co było w jego oczach. To poczucie winy i wyrzuty sumienia, tyle, że nie wiem dlaczego
- Wcale nie, to nie jest twoja wina, to ja wbiegłam na ulicę, było ciemno więc nie wiedziałam gdzie biegnę
- A dlaczego.... - nie dane mu było dokończyć pytanie, ponieważ do sali wszedł lekarz
- Wybaczcie mi, ale jednak muszę teraz zadać ci kilka pytań

* HARRY *
- Wybaczcie mi, ale jednak muszę teraz zadać ci kilka pytań - lekarz podszedł do nas i stanął na przeciwko łóżka
- To może ja wyjdę - zaoferowałem się, bo szczerze mówiąc czułem się dziwnie i bałem się, że Demi mogłaby być zakłopotana
- Nie ma takiej potrzeby chłopcze, to tylko kilka rutynowych pytań. A więc Demi, nie miałaś przy sobie żadnych dokumentów, więc muszę dowiedzieć się wszystkiego od ciebie. Możesz mi podać swój adres? - spojrzałem na blondynkę i od razu dostrzegłem zmianę w jej oczach, nie wiem, czy się nie mylę, ale jeśli nie to w jej oczach widziałem strach
- Aaadres?
- Tak, gdzie mieszkasz - lekarz wlepił w nią swój przenikliwy wzrok i dziewczyna pomimo oporów podała mu swój adres, i to była pierwsza rzecz jaka wydała mi się dziwna - Jak się nazywają twoi rodzice? - padło drugie pytanie, dziewczyna nie miała wyjścia i musiała wszystko powiedzieć.
- Steven Lovato i Margaret Lovato
- Dobrze, pamiętasz może numery do twoich rodziców? - kolejne pytanie wydostało się z ust doktora
- A po co? - odwróciłem się w stronę blondynki, kiedy usłyszałem jak jej głos zaczyna drżeć
- Musimy powiadomić ich o tym, że tutaj przebywasz, jesteś niepełnoletnia - w miarę jak doktor wypowiadał kolejne słowa, ja mogłem dostrzec jak twarz dziewczyny robi się coraz bardziej blada. Spojrzałem na jej dłonie i zauważyłem jak drżą.
- Nie, tylko nie rodziców - powiedziała cicho, jakby do siebie, lecz ja mogłem ją dosłyszeć - Nie nie pamiętam - udało jej się opanować głos i odpowiedzieć lekarzowi, który chyba był ślepy, że nie dostrzegł tego, jak dziewczyna zareagowała na wiadomość o rodzicach
- W takim razie to wszystko. Dziękuje ci Demi, znajdę inny sposób by powiadomić twoich rodziców, do widzenia - i lekarz zniknął za drzwiami. Spojrzałem na blondynkę, która wpatrzona była uparcie w swoje dłonie. Chciałem zapytać o jej zachowanie, ale nie wiedziałem, czy nie byłoby to zbytnie naruszenie jej prywatności, zwłaszcza, że teoretycznie i praktycznie znam ją od kilku minut, jednak moja przeklęta ciekawość zwyciężyła.
- Dlaczego nie chciałaś podać numerów do swoich rodziców? - spytałem, przerywając tym samym ciszę panującą w pokoju
- Nie pamiętam ich, dlaczego wydaje ci się, że nie chciałam ich podać - odpowiedziałam patrząc mi w oczy
- Kłamiesz - powiedziałem w pełni opanowanym głosem
- Słucham?!
- Kłamiesz, pamiętasz doskonale numery do swoich rodziców, ale z jakiś powodów nie chcesz ich podać
- Jak śmiesz! Jak możesz zarzucać mi, że kłamię! Nie znasz mnie, ani mojego życia, dlatego jeśli możesz to nie wchodź z buciorami do mojego życia, nie wtrącaj się, ok?!!!
- Możesz na mnie nie krzyczeć?! Nie jestem pięcioletnim dzieckiem na które możesz sobie swobodnie krzyczeć, bo coś przeskrobało! Spytałem o to, bo jestem ciekaw, zainteresowała mnie zmiana w twoim zachowaniu, kiedy lekarz o nich wspomniał, poza tym interesujesz mnie, bo leżysz przeze mnie w szpitalu!!
- Nie słyszałeś nigdy, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła?! Nie interesuje mnie to, że masz jakieś cholerne wyrzuty sumienia! Nie znam cię, a ty nie znasz mnie! A teraz wyjdź! Wróć jak minie ci chęć wejścia z buciorami do mojego życia - wskazała ręką na drzwi i patrzyła mi prosto w oczy. Wściekły wstałem w krzesła na którym siedziałem i wyszedłem.

Kiedy wróciłem do domu zastałem w środku całą bandę, która wróciła już ze szkoły. W kuchni na blacie leżał wielki bukiet tulipanów na który zwróciłem uwagę zaraz po wejściu do domu.
- A ty gdzie byłeś? Podobno źle się czułeś? - usłyszałem głos Louisa
- Poszedłem się przejść, bo było mi duszno. Co robicie?
- Zbieramy się, żeby pojechać do Demi - odpowiedział na moje pytanie Niall
- Jedziesz z nami? - zapytał Zayn
- Po co go się pytasz? Przecież to oczywiste, że nie jedzie - powiedział Niall
- Pojechałbym gdybym tylko czuł się lepiej, a teraz pójdę się położyć - wyminąłem ich i zniknąłem w swoim pokoju

* W DOMU DEMI *

W tym samym czasie.... W domu Demi panuje istne piekło. Nancy boi się cokolwiek odezwać, by nie dostać od swojego pracodawcy.
Zaraz po ważnym telefonie, który zadzwonił w trakcie kolacji Steven Lovato wraz z żoną wrócił do swojego gościa, lecz ani jego ani dziewczyny nie było na swoich miejscach. W tym samym czasie, kiedy spojrzał na żonę, do jadali wpadł wściekły klient z którym pan Lovato miał podpisać dzisiaj umowę w zamian za swoją córkę. Koszula gościa była poszarpana i wyciągnięta ze spodni, a na jego twarzy widać było kilka zadrapań. Podszedł on do stołu, gdzie leżały wszystkie papiery do podpisana, złapał je i jednym szybkim ruchem podarł wszystkie dokumenty. Steven Lovato spojrzał na swojego klienta w pełnym zdumieniu, lecz po chwili cały rozwój zdarzeń dotarł do niego. Jego oczy zrobiły się czarne, ciało całe się spięło, a na twarzy widać było wściekłość.
- Umowa zerwana!!! Nigdy nie podpiszę z panem tych papierów! Jeszcze nigdy nie zostałem tak upokorzony!!  - krzyknął klient pana Lovato
- Ale dlaczego? - spytała Margaret Lovato
- Państwa córka uciekła ode mnie i sprzeciwiała się mi, należała do mnie od chwili, kiedy przekroczyłem próg tego domu, ale ona uciekła. W związku z tym nasza relacja zostaje zerwana, ja nie dostałem jej, pan nie dostanie mojego podpisu i mojej firmy - krzyknął i wyszedł zamaszystym krokiem z domu państwa Lovato.
- Demetria!!!!!!!!!- krzyk Stevena, ojca Demi, rozniósł się po całym domu. Był wciekły, chociaż to słowo i tak nie odzwierciedlało idealnie tego co w tej chwili czuł. Kiedy jego córka nie raczyła się zjawić na zawołanie ojca, ten wyciągnął ze szlufek spodni skórzany pasek i zaczął iść do sypialni córki. Wściekłość emanowała od jego ciała na odległość. Kopnął w białe drzwi od sypialni swojej pierworodnej i wszedł do środka. Poziom jego wściekłości podniósł się jeszcze bardziej, kiedy dostrzegł, że nikogo tu nie ma. Nie panował nad swoim zachowaniem, musiał się wyżyć, musiał dać upust swoim emocjom, córki nie było pod ręką, więc całą swoją wściekłość zwrócił przeciwko całej jej sypialni.
Zdarł pościel z łóżka, zaczął zrzucać wszystko w półek, potłukł całą szklaną szafkę, rozwalił telewizor i wszystkie inne sprzęty, wbiegł do garderoby, gdzie porozrywał wszystkie ciuchy należące do jego córki.
Margaret Lovato stała w drzwiach do sypialni swojej córki i cała drżała ze strachu, widziała wiele razy do czego zdolny jest jej mąż, lecz teraz zobaczyła istnego potwora, bała się odezwać, jednak musiała coś zrobić, kiedy jej mąż demolował jedyny pokój, gdzie ich córka czuła się bezpieczna.
- Przestań! Ona na pewno wróci, porozmawiasz z nią wtedy, a teraz przestań! - jej słowa wydały się jej wręcz absurdalne, bo doskonale wiedziała, że jej mąż nie potrafiłby porozmawiać z ich córką.
- Przestać?! - sylwetka mężczyzny pojawiła się tuż przed nią - Jak mam do cholery przestać?! Ta zdzira, która nazywa się moją córką po raz kolejny zniszczyła wszystko nad czym pracowałem!! Mam ochotę ją zniszczyć, zniszczyć jej życie tak jak ona niszczy wszystkie moje plany!!! - krzyknął
- Ale.... - jego żona chciała coś powiedzieć, lecz zanim z jej ust wydobyło się więcej słów poczuła palący ból na policzku
- Zamilcz!Nie próbuj jej nawet bronić! Jesteś taka sama jak ona!! - krzyknął do niej, po czym popchnął ją na pozostałości sprzętów elektronicznych i wyszedł. Kobieta upadła, boleśnie nadziewając się na plastikowe, lecz ostre odłamki i zaniosła się bezsilnym płaczem.
Mężczyzna zszedł po marmurowych schodach na dół i skierował się do łazienki, gdzie zaczął obmywać poranione dłonie. Wściekłość w dość minimalnym stopniu wyparowała z jego ciała, z jego żył. Przez osobę, którą nazywa córką stracił szansę na dość spore pieniądze, po raz kolejny stracił szansę wejścia na kolejny, wyższy schodek, na szczyt z którego spadł, kiedy jego żona urodziła blond dziewczynkę -  i to wszystko znów stracił, przez nią.
- Nie daruje jej tego - wysyczał przez zęby po czym opuścił łazienkę. Przebrał się w nowy strój i zawołał Nancy, kobieta na trzęsących się nogach wyszła ze swojego ukrycia i stanęła przed swoim pracodawcą.
- Masz zakaz zbliżania się do Demetrii, nie wolno ci się do niej odzywać ani sprzątać jej pokój, kiedy tylko się pojawi masz mnie o tym zawiadomić, zrozumiano? - zapytał poważnym i stanowczym głosem. Nancy, której serce rozpadało się na kawałeczki przytaknęła tylko głową
- Możesz odejść - zwrócił się do niej Steven Lovato i wyszedł z domu.
Pulchna kobieta poszła na górę do sypialni jej ulubienicy, przez całą drogę zachodziła z głowę jak może przestać odzywać się do Demi, jak może zacząć ją ignorować. Blondynka była dla niej jak córka, którą straciła w wypadku, od niemowlaka opiekowała się Demi, zawsze przy niej była, wysłuchiwała jej zwierzeń, ocierała pierwsze łzy, wysłuchiwała opowiadań o pierwszych chłopakach, o pierwszych pocałunkach, zauroczeniach, zastępowała jej matkę, którą co prawda miała, ale równie dobrze mogłaby być sierotą. Kiedy dotarła do zdemolowanego pokoju o mało nie rozpłakała się, Mark pomagał właśnie pani Margaret, Nancy co prawda czuła nienawiść do kobiety w związku z tym jak traktowała swoją córkę, jednak czuła teraz do niej współczucie i troskę.
- Pomogę pani - zwróciła się do swojej pracodawczyni i chciała przemyć jej rany, lecz kobieta gwałtownie podniosła swoją dłoń dając tym samym znak, by Nancy jak i Mark zaprzestali swoich czynności.
- Nie! Nie pomagaj mi, ja dam sobie radę - powiedziała pani Lovato głosem przepełnionym udręką
- Słucham?!
- Wygaduje pani głupoty - zwrócił się do niej Mark
- Nie! Pomóżcie Demi, ona potrzebuje pomocy znacznie bardziej niż ja, znajdźcie ją - powiedziała cicho patrząc prosto w oczy Nancy po czym wybuchła po raz kolejny płaczem. Kobieta dopiero teraz zrozumiała jaki na prawdę jest jej mąż....

...............................................................................................................................................................
Hej, przepraszam, że tak długo, ale nareszcie jest! Mam nadzieję, że wam się podoba, Pierwszy raz pisałam w 3 osobie, dlatego nie wiem jak to wszystko wyszło. W następnym rozdziale możecie spodziewać się jeszcze więcej akcji, no i coraz więcej Hemi :)
Przepraszam za jakiekolwiek błędy.
CZYTASZ = KOMENTUJESZ 
Dla ciebie to dosłownie chwila, a dla mnie ogromna motywacja i wiadomość, że ktoś to czyta :)

poniedziałek, 10 lutego 2014

Kłopot....

Hej, przepraszam was bardzo, że tak długo nie ma rozdziału, ale najpierw nie miałam w ogóle czasu na jego dokończenie, a teraz kiedy chciałam to zaczyna szwankować i psuć mi się laptop, ten post też dodaje z trudnościami, więc nie wiem czy wszystko się uda wam przekazać, ale już dążę, do najważniejszej części - rozdział postaram się napisać i dodać jeszcze w tym tygodniu, Nie wiem konkretnie kiedy, ponieważ nie wiem jak z tym laptopem, ale będę robiła wszystko co w mojej mocy. Mam nadzieję, że zrozumiecie i wybaczycie.
Przepraszam jeszcze raz.....